Nakaz rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego to konsekwencja zasady domniemania niewinności. Wiedzą o tym obrońcy, którzy wątpliw...

Nakaz rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego to konsekwencja zasady domniemania niewinności. Wiedzą o tym obrońcy, którzy wątpliwości w interesie klienta mnożą, wiedzą prokuratorzy i sędziowie, którzy ich nie mają lub w pocie czoła je usuwają. Przez lata, do lipca 2015 i od kwietnia 2016 do dzisiaj niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. W czasie kilkumiesięcznego oddechu od inkwizycyjnego modelu postępowania karnego, na korzyść oskarżonego należało rozstrzygać te wątpliwości, których nie usunięto w postępowaniu dowodowym. Krótko było, minęło. Ponownie - wątpliwości muszą nie dawać się usunąć. Ponownie - sięgnięcie po tę regułę nie jest dopuszczalne, gdy postępowanie dowodowe było niepełne albo dowody przeprowadzono lub oceniono w sposób niedokładny. Ponownie - tylko ustalenie, że sąd orzekający wątpliwości powziął i mimo najlepszych chęci ich nie usunął, ale mimo tego na korzyść oskarżonego nie rozstrzygnął, pozwala na skuteczne „zaczepienie” zarzutu apelacyjnego. Ponownie - o czym niektórzy wiedzą a inni zapewne już się domyślają, graniczy to z niemożliwością. 
Z dniem - nomen omen - 1 kwietnia 2018 roku, upłynie termin wdrożenia w polski porządek prawny kolejnej bezprzykładnej ingerencji brukselskiej biurokracji w wolność kochający porządek prawny Rzeczypospolitej. To Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/343 z 9 marca 2016 w sprawie wzmocnienia niektórych aspektów domniemania niewinności i prawa do obecności na rozprawie w postępowaniu karnym. W niej zaś „państwa członkowskie zapewniają, aby wszelkie wątpliwości co do winy rozstrzygano na korzyść podejrzanego lub oskarżonego, także w sytuacji gdy sąd dokonuje oceny, czy uniewinnić daną osobę” (art. 6 ust. 2 dyrektywy). „Wszelkie", nie tylko te „nie dające się usunąć”. To ważna różnica, albowiem stan określony w Kodeksie postępowania karnego jako "nie dające się usunąć wątpliwości" powstaje dopiero w następstwie oceny dowodów. Tylko wtedy można stwierdzić, czy wątpliwości, jeśli w ogóle występowały, były poważne i istotne oraz czy i jakie miały znaczenie dla rozstrzygnięcia kwestii odpowiedzialności, wreszcie, czy zostały lub mogły zostać usunięte. 
Jakby tego było mało, w motywach dyrektywy zauważa się, że w różnych państwach członkowskich poszukiwaniem dowodów zarówno obciążających, jak i uniewinniających zajmuje się nie tylko oskarżyciel, lecz także sędziowie i właściwe sądy. Państwa członkowskie, które nie mają systemu opartego na zasadzie kontradyktoryjności, powinny mieć możliwość utrzymania obecnego systemu, jednak pod warunkiem, że jest on zgodny z dyrektywą i z innymi przepisami prawa Unii oraz prawa międzynarodowego. Domniemania faktyczne lub prawne w odniesieniu do odpowiedzialności karnej stosowane być powinny „w rozsądnych granicach, z uwzględnieniem wagi sprawy i z zachowaniem prawa do obrony, zaś zastosowane środki powinny być racjonalnie proporcjonalne do obranego uprawnionego celu”. Domniemania takie powinny być wzruszalne i w każdym wypadku stosowane jedynie pod warunkiem poszanowania prawa do obrony.
Dyrektywa mówi o wątpliwościach co do winy. Podobnie jak w wypadku przepisów dotyczących zakresu zaskarżenia, wydaje się, że chodzi tak o materialne jak i procesowe rozumienie tej instytucji. W sensie materialnym to zatem nie tylko jedna z przesłanek odpowiedzialności, ale także elementy struktury przestępstwa, stadialne i zjawiskowe formy realizacji czynu, wreszcie formy kształtowania odpowiedzialności karnej. Wina w aspekcie procesowym to dowodowe ustalenie sprawstwa. Wątpliwości co do winy dotyczyć mogą zatem najszerzej rozumianej kwestii sprawstwa jak i przypisania odpowiedzialności karnej za przestępstwo. Wątpliwości „wszelkie”, to także, jak się wydaje, watpliwości związane z problemem oceny dowodów wzajemnie sprzecznych, co dotychczas, w wypadku „wątpliwości nie dających się usunąć”, było w orzecznictwie i doktrynie kwestionowane.
Dyrektywa mówi także wprost o rozstrzyganiu wszelkich watpliwości co do winy na korzyść nie tylko oskarżonego, ale też podejrzanego. Powoduje to obowiązek stosowania reguły in dubio pro reo na każdym etapie postępowania karnego, a nie tylko na etapie wyrokowania ("także w sytuacji, gdy sąd podejmuje decyzję czy uniewinnić daną osobę").
Nie słyszałem o pracach nad jakimkolwiek inspirowanym obowiązkiem wdrożenia Dyrektywy projektem zmiany treści reguły rozstrzygania wątpliwości w Kodeksie postępowania karnego. Zapewne w ocenie Ministerstwa Sprawiedliwości, będącej jak zawsze przecież efektem dogłębnej analizy, obecnie obowiązujące prawo polskie w pełni odzwierciedla postulaty dyrektywy. Czy tak jest naprawdę, przekonamy się za kilka lat, kiedy zapadną pierwsze wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Może wcześniej, jeżeli sądy krajowe wobec braku implementacji dyrektywy zdecydują się na jej bezpośrednie stosowanie. Może ...


W scenie zatrzymania Władysława Frasyniuka jest taka chwila, gdy w odpowiedzi na słowa „muszę zastosować wobec Pana środek zapobiegawczy w ...

W scenie zatrzymania Władysława Frasyniuka jest taka chwila, gdy w odpowiedzi na słowa „muszę zastosować wobec Pana środek zapobiegawczy w postaci kajdanek”, w charakterystycznym geście wyciąga przed siebie ręce. Tymczasem słyszy: „Przepisy stanowią, że muszę Panu kajdanki założyć z tyłu”. Najwyraźniej zdziwiony przekłada ręce za siebie. 
Zdziwienie Frasyniuka ma uzasadnienie. Taka wiedza zapada w pamięć. Dla każdego, kogo kiedykolwiek zakuto na oba te sposoby i kto w sytuacji takiej musiał spędzić trochę czasu, różnica jest bardziej niż oczywista. W czasach, kiedy Frasyniuk zatrzymywany był  znacznie częściej, skuwano go przecież z reguły z przodu, jeśli zaś z tyłu, na ogół wiedział z jakiego powodu. 
W opresyjnym PRLu, przynajmniej od stycznia 1984r., obowiązujące prawo - co oczywiście nie musiało oznaczać obowiązującej praktyki - przewidywało w tej sprawie dość jednoznaczną regulację. Tylko osobom zachowującym się w sposób agresywny, podejrzanym lub oskarżonym o popełnienie niebezpiecznego przestępstwa oraz przestępcom niebezpiecznym kajdanki zakładano na ręce do tyłu. Pozostałym zakładano kajdanki z przodu. Tak było także po roku 1989, przez blisko ćwierć wieku. Przepisy wykonawcze do ustaw regulujących działanie służb porządku publicznego różniły się w tej sprawie jedynie w detalach. Zasadą było zakładanie kajdanek na ręce z przodu. Na ręce trzymane z tyłu kajdanki można było założyć w przypadku, gdy osoba była agresywna lub niebezpieczna, w jednym wypadku już przy podejrzeniu, że może zachowywać się agresywnie. Wyjątkiem, i to dopiero od lipca 2010r., była Służba Więzienna, której funkcjonariusze zakładali osadzonym kajdanki tylko od tyłu. 
Przełom w tej sprawie nastąpił w roku 2013. Wykonując wyrok Trybunału Konstytucyjnego, kwestionujący zamieszczanie przepisów o stosowaniu środków przymusu bezpośredniego w rozporządzeniach a nie w ustawie, uregulowano i ujednolicono zasady oraz sposób ich użycia. 
Przy tej okazji ustawa z 24 maja 2013r. o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej odwróciła jednak dotychczasową zasadę. Kajdanki zakłada się na ręce trzymane z tyłu. Już nie  w dwóch - trzech przypadkach, jak dotychczas, ale „w przypadku konieczności podjęcia” co najmniej jednego z kilkunastu wymienionych w ustawie działań. Tylko w przypadku prewencyjnego użycia kajdanek lub, gdy w ocenie uprawnionego, prawdopodobieństwo podjęcia próby ucieczki, stawiania czynnego oporu lub wystąpienia zachowania mogącego zagrażać życiu, zdrowiu lub mieniu jest nieznaczne, kajdanki można założyć na ręce trzymane z przodu. Sposób sformułowania wyjątku od zasady, warunkowanego dokonaniem, w najczęściej jednak dynamicznej sytuacji, oceny nieznacznego prawdopodobieństwa zaistnienia określonego zdarzenia, powoduje, że w praktyce o wyjątku takim nie będzie mowy. 
Ustawa z 2013r. porządkowała dotychczasowy stan prawny. Jak kilka innych z tamtego okresu, o czym dzisiaj już nie pamiętamy, nie stanowi przykładu na chwalebne samoograniczenie się liberalnego Państwa w pomysłach na bardziej lub mniej uzasadnioną ingerencję w wolności obywateli. Także ona przewiduje jednak, że stosując kajdanki należy to robić w sposób "wyrządzający możliwie najmniejszą szkodę”, „niezbędny do osiągnięcia celów tego użycia lub wykorzystania, proporcjonalnie do stopnia zagrożenia”. To zaś oznacza, choć niektórym w głowach się nie mieści, że kajdanek w określonych prawem sytuacjach użyć wprawdzie można, ale nie zawsze trzeba. 


Jakiekolwiek podobieństwo tej historii do aktualnych wydarzeń i współczesnych postaci nie jest przypadkowe. Stanowi efekt przemyślanej i ce...

Jakiekolwiek podobieństwo tej historii do aktualnych wydarzeń i współczesnych postaci nie jest przypadkowe. Stanowi efekt przemyślanej i celowej koncepcji autora. 

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w Państwowym Wydawnictwie Naukowym przygotowywano pierwszą po II wojnie światowej encyklopedię, Wielką Encyklopedię Powszechną. Zaraz po izraelsko-arabskiej wojnie sześciodniowej roku 1967 i po zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Izraelem, problemem ważniejszym od poziomu przygotowywanej publikacji zaczęło być to, kto i w jaki sposób nad encyklopedią pracuje. Władze doszły do wniosku, że wydawnictwo prezentuje historię Polski w sposób tendencyjny, czemu bez wątpienia sprzyjała obecność w nim odkrytej właśnie grupy „rewizjonistów” i „syjonistów”. Treść haseł encyklopedii i ich historyczną jakość analizować zaczęli … funkcjonariusze komunistycznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Z właściwą przedstawicielom swej profesji czujnością zauważyli, że choć poszczególne wzmianki w encyklopedii traktowane oddzielnie stwarzają na ogół wrażenie obiektywnych informacji, to jednak zestawione deformują obraz okupacji niemieckiej, walki z nią narodu polskiego i zbrodni hitlerowskich w Polsce. Szczególnej krytyce poddano hasło „obozy koncentracyjne hitlerowskie” i to, że encyklopedii w odniesieniu do ofiar nie stosuje się pojęcia „obywatel Polski” ale odwołuje się do ich narodowości. Istotnie w encyklopedii dokonano rozróżnienia na obozy zagłady – tworzone przede wszystkim z myślą o mordowaniu Żydów, oraz obozy koncentracyjne, w których przebywali ludzie różnych narodowości. Sprawy zapewne w ogóle by nie było, gdyby nie klimat polityczny panujący wtedy w Polsce. Wskazanie w encyklopedii liczby zamordowanych Żydów stało się pretekstem do antysemickiej nagonki. 
24 marca 1968 roku, w szczytowym momencie kampanii propagandowej rozpętanej przez rządowe media (innych wówczas nie było), w dwutygodniku „Prawo i Życie” ukazał się tekst „Encyklopedyści”. Autorem był Tadeusz Kur, czołowy tropiciel żydowskich spisków. Korzystając nie po raz pierwszy z materiałów MSW, Kur zaatakował tym razem redaktorów Wielkiej Encyklopedii Powszechnej odpowiedzialnych za redakcję hasła "obozy koncentracyjne”. Pisał, że treść hasła była „zwykłym i tendencyjnym kłamstwem, którego nie niwelują sofistyczne wybiegi”. Analizował, co znalazło się, a czego w encyklopedii zabrakło. Nie było w niej na przykład hasła „martyrologia narodu polskiego”.
W krótkim czasie z Państwowego Wydawnictwa Naukowego wyrzucono około czterdziestu osób. Sprawa „encyklopedystów”, „pasożytów żerujących na klasie robotniczej i narodzie polskim” (cytat za źródłami milicyjnymi) nie wywoływała większego zainteresowania. Aryzacja wydawnictwa przebiegła sprawnie. Podczas zebrań partyjnych ci, których z pracy nie usunięto, niczym w latach stalinizmu składali spontaniczne samokrytyki. Hasło „obozy koncentracyjne hitlerowskie” zostało zredagowane na nowo. Osoby, które już kupiły Encyklopedię, mogły zastąpić wcześniejsze hasło nową wersją. W „Trybunie Ludu” (dla tych, którzy nie pamiętają, był to tytuł prasowy - wtedy, nie wiedzieć czemu, mówiło się „organ” - Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) zaczęto dzień po dniu publikować artykuły o tym, jak Polacy masowo chronili Żydów przed Niemcami.

Nikt nie pamiętałby dzisiaj Tadeusza Kura, gdyby nie Dariusz Fikus, wówczas dziennikarz „Polityki”. Fikus Kura - donosiciela unieśmiertelnił, mimo woli zapewniając mu miejsce w historii polskiego dziennikarstwa. Zamierzał opublikować polemikę z tekstem Kura. Cenzura oczywiście tekst zatrzymała. W ten sposób felieton Fikusa zaistniał tylko w sposób symboliczny. Mało kto go przeczytał, a mimo to pozostał w pamięci społecznej i przetrwał. Nie bez powodu. Doświadczeni redaktorzy mówią, że tekst, który nie ma lub któremu nie da się wymyślić dobrego tytułu, jest tekstem złym i najlepiej zwrócić go autorowi. Tekst Fikusa miał tytuł równie krótki co wybitny. Tak wtedy jak i dzisiaj. „Kur wie lepiej”. 


* Faktografia sprawy „encyklopedystów” przedstawiona została w oparciu o fragmenty monografii prof.  dr hab. Jerzego Eislera „Polski rok 1968”, wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej w roku 2006 (str. 158-164). 


Senat przyjął ustawę o zmianie ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Kto publicznie i wbrew faktom przypisywać będzie Narodowi Polskiemu l...

Senat przyjął ustawę o zmianie ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Kto publicznie i wbrew faktom przypisywać będzie Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne, poniesie odpowiedzialność karną. Odpowiedzialność poniesie także ten, kto w inny sposób rażąco pomniejszać będzie odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni. Nie popełni przestępstwa ten, kto czynu dopuści się w ramach działalności artystycznej lub naukowej. 

„Pracownik Instytutu Pamięci Narodowej przestał odbierać moje telefony. Zagroził procesem, jeśli zacytuję to, co powiedział w pierwszym odruchu szczerości: „My, w IPN, mamy złych i dobrych Polaków. Źli to, wiadomo, aparat bezpieczeństwa, dobrzy – Żołnierze Wyklęci. Ale to jest nasza wewnętrzna, polska sprawa. I nie można nagłaśniać, że ci źli Polacy z MBP byli aż tak podli, żeby zakładać obozy koncentracyjne. Bo to ugodzi w polską rację stanu i już przestanie być tylko naszą sprawą. Mało mamy problemów z »polskimi obozami«, które były niemieckie?”. 

Zdaniem Biura Legislacyjnego Kancelarii Senatu, analiza przepisu prowadzi do dwóch możliwych interpretacji. Nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, czy obejmuje popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie oraz popełnione przez III Rzeszę Niemiecką inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne, czy też popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie oraz wszystkie inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne - bez względu na „podmiot” je popełniający. Zastrzeżenia Biura Legislacyjnego, tak czy inaczej zignorowane w procesie legislacyjnym, sformułowane zostały językiem oględnym i kurtuazyjnym. W istocie już tylko wykładnia językowa i logiczna uchwalonego przepisu wskazują, że karalne będzie także zachowanie polegające na publicznym i wbrew faktom przypisywaniu Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za każde przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne. 

„Między 1945 a 1950 rokiem w Polsce działało dwieście sześć obozów pracy przymusowej oraz obozów koncentracyjnych, w których przetrzymywano Niemców, Ukraińców, Łemków i Polaków. Do ich stworzenia wykorzystano nienaruszoną infrastrukturę nazistowską, porzuconą przez wycofujące się załogi niemieckie (…) Polskie obozy były doskonale zorganizowane i podlegały Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego oraz Centralnemu Zarządowi Przemysłu Węglowego. Istniały w całej Polsce. Zaadaptowano szereg podobozów Auschwitz, a także wiele baraków w obozie zagłady Birkenau, podobozy Majdanka i Stutthofu. Obóz Urzędu Bezpieczeństwa istniał także w centrum Warszawy. Prycze w miejscach, gdzie dokonała się największa zbrodnia w historii ludzkości, już kilka tygodni, a nawet kilka dni (jak w wypadku Auschwitz II-Birkenau) po ich wyzwoleniu zapełniały się nowymi więźniami - wrogami władzy ludowej. „Gryzły nas te same wszy” - wspominała Elisabeth Kuśnierz, mieszkająca później w Niemczech więźniarka powojennego Oświęcimia. Wzorcem dla nowej władzy były naturalnie radzieckie łagry i pod względem umieralności więźniów, zwłaszcza na Górnym Śląsku, udało się Polakom dorównać sowieckiej machinie, stworzonej, by ścierać ludzi na proch. Rządzący Polską w latach czterdziestych i pięćdziesiątych nie zatarli śladów po masakrach, torturach oraz uśmierceniu przez pracę ponad sześćdziesięciu tysięcy Niemców, Łemków, Ukraińców i Polaków, w tym Żołnierzy Wyklętych. Archiwum Akt Nowych oraz Centralne Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji pękają w szwach od danych na temat naszych obozów. Wciąż żyją ofiary, świadkowie i oprawcy”.

Mało kto zauważył inna zmianę w prawie. Znowelizowano także ustawę o odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary. Podmiot zbiorowy podlegać będzie odpowiedzialności także za popełnione przez osobę fizyczną przestępstwa z ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Odpowiedzialność karna podmiotu zbiorowego za przestępstwo osoby fizycznej możliwa jest między innymi, gdy osoba taka działa w w interesie podmiotu zbiorowego, zaś jej zachowanie przyniosło lub mogło przynieść korzyść temu podmiotowi. Wystarczy, jeśli do popełnienia czynu zabronionego doszło w następstwie takiej organizacji działalności podmiotu, która nie zapewniała uniknięcia popełnienia czynu zabronionego przez osobę fizyczną, podczas gdy mogło je zapewnić zachowanie należytej staranności, wymaganej w danych okolicznościach.

„Spójrzmy na fakty, jak zorganizowano te miejsca odosobnienia? - mówi profesor Bogusław Kopka, historyk, pracownik naukowy Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. - Na określonym terenie izolowano na czas nieokreślony, bez wyroku, ludność cywilną, w tym starców, dzieci, kobiety, a więc ludzi niezdolnych do pracy. Te fakty odpowiadają definicji „obozów koncentracyjnych”, tyle że dla polskich historyków sformułowanie to na tyle jest zrośnięte z niemieckim systemem nazistowskiej zagłady, że musi wzbudzać naturalny opór, i ja go rozumiem”.

Podmiot zbiorowy podlega odpowiedzialności nie tylko wtedy, gdy fakt popełnienia czynu zabronionego przez osobę fizyczną został potwierdzony prawomocnym wyrokiem skazującym. Podlega jej także wtedy, gdy postępowanie karne wobec sprawcy warunkowo umorzono, a nawet gdy umorzono je z powodu okoliczności wyłączającej jego ukaranie. Co grozi podmiotowi zbiorowemu? Kara pieniężną w wysokości do pięciu milionów złotych. Przepadek przedmiotów, które służyły lub były przeznaczone do popełnienia czynu zabronionego. Przepadek korzyści majątkowej pochodzącej chociażby pośrednio z czynu zabronionego lub jej równowartości. Zakaz promocji lub reklamy prowadzonej działalności. Zakaz korzystania z dotacji, subwencji lub innych form wsparcia finansowego środkami publicznymi. 
Czy relacja kształtująca odpowiedzialność podmiotu zbiorowego za czyn osoby fizycznej możliwa jest w wypadku przypisania Narodowi lub Państwu Polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne? Tak. To relacja wiążąca autora z jego wydawcą. Zmieniona ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej wysyła czytelny sygnał także tym, od których zależy, czy tekst, książka, artykuł trafią do czytelnika.

„Chwilę przed świtem 28 kwietnia 1947 roku sześć dywizji Wojska Polskiego otoczyło szczelnymi pierścieniami wsie południowo-wschodniej Polski, zamieszkałe głównie przez Ukraińców. W tym samym czasie oddziały NKWD i armii czechosłowackiej zablokowały wschodnie i południowe granice kraju, od Brześcia nad Bugiem po Nowy Sącz w Beskidach, by odciąć ewentualne szlaki ucieczki. O czwartej rano siedemnaście tysięcy żołnierzy, zorganizowanych w grupę operacyjną „Wisła” rozpoczęło wysiedlanie niepożądanej tu ludności, Ukraińców i Łemków, choć między wyrzucanymi z rodzinnych domów trafiali się również etniczni Polacy. Oficjalną przyczyną wywózek była walka z oddziałami Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA), wówczas najsilniejszymi jednostkami ukraińskiej partyzantki po zniszczeniu przez Armię Czerwoną i rozformowaniu UPA w Związku Radzieckim (…) naprawdę szło o coś innego. "Zadanie: rozwiązać ostatecznie problem ukraiński w Polsce” - informowała Państwowa Komisja Bezpieczeństwa w projekcie tajnej notatki przygotowanej przez Ministerstwo Obrony Narodowej i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych na wiosnę 1947 roku. „Ewakuacją będą objęte wszystkie odcienie narodowości ukraińskiej, z Łemkami włącznie, jak również mieszane rodziny polsko-ukraińskie”. Deportacja 1947 roku odbywała się wedle najlepszych stalinowskich wzorów. Ukraińskich mieszkańców zganiano w centralne miejsce wsi i dopiero wówczas informowano o planowanych wywózkach. Dostawali kilka godzin, najczęściej cztery (dlaczego cztery, a nie sześć lub dwie? - nie wyjaśniano), na spakowanie dobytku. Towarzyszyło temu palenie zabudowań, kradzieże, niszczenie mienia, bicie, znęcanie się nad młodymi podejrzanymi o członkostwo w ukraińskim podziemiu, wyzwiska, aresztowania oraz gwałty (…) Wysiedleniami kierował generał Stefan Mossor, legionista marszałka Józefa Piłsudskiego, kształcony na zachodnich uczelniach wojskowych oficer II Rzeczypospolitej, kombatant bitwy nad Bzurą we wrześniu 1939 roku (dowodził jednostką kawalerii), a potem więzień oflagu”.

Fragmenty cytowane w tym tekście pochodzą z dwóch wydanych w roku 2017 książek. To „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” Marka Łuszczyny, wydana przez krakowski Znak, oraz „Syrop z piołunu. Wygnani z akcji "Wisła"" Pawła Smoleńskiego i Wydawnictwa Czarne. „Mała zbrodnia” prowadzi czytelnika szlakiem obozów pracy przymusowej stworzonych po wojnie w Polsce. Cześć z nich otwarcie nazywa obozami koncentracyjnymi. „Syrop z piołunu” to opowieść o przymusowym wysiedleniu z południowo-wschodniej Polski blisko stu pięćdziesięciu tysięcy Ukraińców i Łemków - obywateli polskich. Obie cenię wysoko, tak gdy chodzi o warsztat, jak i o intelektualną uczciwość. Obie wskazują na odpowiedzialność Państwa Polskiego (tak, pamiętam, zależnego i niesuwerennego, ale jednak uznawanego przez inne państwa za podmiot prawa międzynarodowego), a chcąc być precyzyjnym, jego funkcjonariuszy, za przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko ludzkości. Nie mają charakteru naukowego lub artystycznego. To reportaże. Dla wielu zapewnie kontrowersyjne a może wręcz obrazobórcze. 

„W sierpniu 1949 roku dekretem rządowym pozbawiono Ukraińców prawa własności do pozostawionych pól, łąk, lasów oraz budynków w odebranych gospodarstwach. Mienie społecznych organizacji ukraińskich oraz Cerkwi Greckokatolickiej przeszło na własność Skarbu Państwa. Wszystkie odkryte próby powrotu na ojcowiznę kończyły się więzieniem lub zesłaniem do koncentraka w Jaworznie”.

Jakie dobre i ważne książki ukażą się w tym roku? Kto będzie teraz ustalał, co pozostaje w zgodzie z faktami a co jest im „wbrew”? Historycy, publicyści, pisarze, uczestnicy wolnej debaty publicznej czy prokurator ze wsparciem Reduty Dobrego Imienia? Te, o których piszę, są dostępne w księgarniach. Polecam je z przekonaniem. Dobra wiadomość jest taka, że mimo zmiany ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, posiadanie, a nawet czytanie książek wciąż jeszcze jest legalne. 


Informacje kluczowe dla oceny legalności tymczasowego aresztowania, takie jak powody, które zdaniem prokuratury uzasadniają zastosowanie lu...

Informacje kluczowe dla oceny legalności tymczasowego aresztowania, takie jak powody, które zdaniem prokuratury uzasadniają zastosowanie lub przedłużenie pozbawienia wolności – powinny być w odpowiednim trybie udostępnione adwokatowi podejrzanego. Ten, wydawało by się oczywisty, standard wynika z wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawach dotyczących konwencyjnego prawa odwołania do sądu w celu ustalenia legalności aresztowania.
Standard ten, z mniejszymi i większymi kłopotami praktycznymi, realizowany był w polskim procesie karnym pomiędzy lipcem 2015 a kwietniem 2016r. Podstawę zastosowania lub przedłużenia tymczasowego aresztowania mogły stanowić jedynie ustalenia poczynione na podstawie dowodów jawnych dla podejrzanego i jego obrońcy. 
Po nowelizacji Kodeksu postępowania karnego, dokonanej ustawą z 11 marca 2016r., sąd w postępowaniu wywołanym prokuratorskim wnioskiem o zastosowanie tymczasowego aresztowania nie może udostępnić podejrzanemu i jego obrońcy dowodów z zeznań świadka, jeżeli zachodzi uzasadniona obawa niebezpieczeństwa dla życia, zdrowia albo wolności świadka lub osoby dla niego najbliższej. O tym, czy obawa taka zachodzi, decyduje arbitralnie, poza efektywną kontrolą sądową, prokurator. 
Ustalenia poczynione na podstawie dowodów z nie udostępnionych podejrzanemu i obrońcy zeznań świadków mogą jednak stanowić podstawę zastosowania lub przedłużenia tymczasowego aresztowania. Sąd jest wprawdzie zobowiązany do ujawnienia i uwzględnienia z urzędu także tych okoliczności, których prokurator nie ujawnił, o ile są one korzystne dla oskarżonego. Czy jest jednak uprawniony do ujawnienia także treści zeznań, które przed podejrzanym i obrońcą „utajnił” prokurator? Nawet jeśli tak, co wydaje się być wątpliwe, ujawnienie to ograniczone musi zostać wyłącznie do okoliczności dla podejrzanego korzystnych. Niekorzystne nie mogą być ujawnione. Mogą jednak stanowić podstawę stosowania tymczasowego aresztowania. Prawo dopuszcza możliwość zastosowania lub przedłużenia tymczasowego aresztowania w oparciu o ustalenia poczynione na  podstawie dowodów z zeznań świadków, których treść jest w całości utajniona przed podejrzanym i jego obrońcą, choćby były to jedyne dowody uzasadniające zasadność aresztowania.
Kodeks postępowania karnego od dawna zna sformułowanie o uzasadnionej obawie niebezpieczeństwa dla życia, zdrowia albo wolności świadka lub osoby dla niego najbliższej. Od przeszło dwudziestu lat jest to przesłanka wydania postanowienia o zachowaniu w tajemnicy okoliczności umożliwiających ujawnienie tożsamości tzw. świadka anonimowego. Tyle tylko, że zeznania takiego świadka nie są z mocy prawa utajnione przed podejrzanym i obrońcą. Prawo oczekuje jedynie tego, że ich udostępnienie nastąpi w sposób uniemożliwiający ujawnienie jego tożsamości. Gdybyśmy zatem mieli do czynienia z zastosowaniem instytucji świadka anonimowego przed wszczęciem procedury aresztowej, bezpieczeństwo świadka zostałoby zagwarantowane a jego zeznania mogłyby zostać udostępnione podejrzanemu i jego obrońcy. To zaś zapewniłoby realizację prawa do obrony i równość stron w procedurze stosowania i przedłużania aresztowania. 
Póki co jednak, w wypadku zaistnienia takich samych powodów, te same zeznania świadka, w pierwszym wypadku stanowić będą materiał dowodowy podlegający udostępnieniu podejrzanemu i obrońcy, w drugim zaś, utajnione przed podejrzanym i obrońcą, będą podstawą, być może jedyną, tak daleko idącej ingerencji w prawo do wolności osobistej, jak tymczasowe aresztowanie. A wszystko zależeć będzie od decyzji prokuratora. 


Przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa Sędzia Dariusz Zawistowski, w wypowiedzi dla portalu Wolne Sądy z 5 stycznia 2018r., dotyczącej zg...

Przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa Sędzia Dariusz Zawistowski, w wypowiedzi dla portalu Wolne Sądy z 5 stycznia 2018r., dotyczącej zgłaszania kandydatur sędziów na nowych jej członków, powiedział: "Jeżeli mamy do czynienia z procedurą, która jest niezgodna z Konstytucją, to wydaje mi się, że trudno znaleźć jakieś usprawiedliwienie do tego, żeby w takiej procedurze uczestniczyć".
Niespełna trzy dni później, 8 stycznia, Krajowa Rada Sądownictwa wydała komunikat, w którym przypomniała o swoim negatywnym stanowisku i watpliwościach co do zgodności z Konstytucją trybu mianowania asesorów sądowych i sposobu powierzania im obowiązków sędziego. W kolejnym zdaniu komunikatu poinformowała jednak, że podejmując decyzje o uchyleniu sprzeciwów wobec powierzenia asesorom sądowym obowiązków sędziego kierowała się … dobrem wymiaru sprawiedliwości, tym że duża część stanowisk sędziowskich pozostaje bez obsady. Komunikat z dumą informował, że asesorzy, co do których uchylono sprzeciw, wykonują już obowiązki sędziowskie w sądach rejonowych. Ci sami asesorzy, powierzenie którym obowiązków sędziowskich jeszcze w lutym Rada oceniała jako godzące w prawo obywatela do niezawisłego, bezstronnego i niezależnego sądu. Ta sama Rada, która ma tylko jedno przewidziane przez Konstytucję zadanie. Strzeże niezależności sądów i niezawisłości sędziów.
Po kolejnych trzech dniach, w stanowisku z 11 stycznia 2018r., Rada informowała, że przepisy przyznające Sejmowi kompetencję wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa zostały ocenione przez nią samą, Rzecznika Praw Obywatelskich, organy prawniczych samorządów zawodowych, stowarzyszenia sędziowskie oraz licznych przedstawicieli polskiej nauki prawa jako naruszające Konstytucję. Przywołując obowiązek dochowania ślubowania sędziowskiego, zwróciła się do sędziów o niewyrażanie zgody na kandydowanie.
Pozostaje mieć nadzieję, że sędziowie, do których apel jest kierowany, uznają że w tym historycznym miejscu i czasie jest on słuszny, nie wnikając nadmiernie w zagadnienie wiarygodności autora.